Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Kontynuacja Igrzysk Śmierci

Jeżeli czujesz, że zakończenie mocno cię rozczarowało i nadal masz ochotę czytać o życiu Katniss i Peety to właśnie tutaj jest twoje miejsce.

Katniss nadal musi zmierzać się z przeciwnościami losu i osobami, które przeszkadzają jej do prowadzenia spokojnego życia.

Czy uda jej się zaznać w końcu błogiego życia zwycięzcy?

 

O blogu

Blog stworzony z myślą o wszystkich fanach igrzysk, którzy mają niedosyt w ich historii podobnie jak ja. Postanowiłam założyć go, aby spróbować dokończyć historię, która siedzi mi w głowie.

Nie zapomnij zostawić po sobie komentarza! Miłego czytania.

#48 Muszę z nim porozmawiać...

Opublikowany 2015/11/11

Byłam na Kosogłosie. Nie jestem w stanie opisać tego co czuję. Koniec filmów, koniec premier... Ale przecież ich historia nie musi się kończyć prawda? Zapraszam do czytania ;) //Nszarynska

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

-Katniss, wszystko w porządku?- pyta Gale.

 

Nie chcę go kłamać. Zaczyna mnie to przytłaczać. Dlaczego Blackhand musiał zorganizować ten horror. Dlaczego Peeta... Peeta mnie nie kocha. Łzy spływają mi po policzkach, Gale zauważył że zaczynam się rozsypywać i przytulił mnie mocno do siebie.

-Obiecuję Ci, że wszystko będzie dobrze. Pewnie chodzi o Peetę prawda?- przytaknęłam delikatnie głową i mocniej się w niego wtuliłam. Przecież to nie może być prawda. Mówił mi że tak bardzo mnie kocha, uwiecznił to pierścionkiem a teraz dowiaduję się, że to wszystko była tylko gra. Może to tylko miało mnie zmylić. Może chcą się mnie pozbyć i robią wszystko, żebym już stąd nigdy nie wróciła.

- Gale, obiecaj mi że stąd wrócimy. Muszę z nim porozmawiać.- powiedziałam przecierając łzy.

- Oczywiście, nie martw się o to. Zrobię wszystko żebyś wróciła.- oznajmił biorąc głęboki wdech.- Od jak dawna go kochasz?

- Nie wiem, nigdy nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale gdy powiedział mi na pierwszej arenie, że obserwował mnie od dzieciństwa, to wtedy domyśliłam się, że nie był mi obojętny. Przepraszam Gale, ale ty też o tym wiedziałeś.

- Jak rozmawiałem z nim u Tigris, to już wiedziałem że go wybierzesz. Dostrzegłem to po drugiej arenie. Gdy byliście na plaży. Cieszę się, że tak wyszło. Nie moglibyśmy być razem, nawet gdyby okazało się że to jednak prawda. Wiem jak bardzo mocno go kochasz. Mogę Ci tylko przysiąc, że będę go pilnował. Nikt nie ma prawa cię skrzywdzić.

- Dziękuję Gale, z resztą nie ważne. Musimy zrobić wszystko żeby stąd powrócić. Zjedzmy coś.- zaproponowałam wyciągając z plecaka paczkę suszonego mięsa. Na niebie areny pojawił się znak Panem i zaczął grać potężny Hymn. Zaczęły wyświetlać się zdjęcia poległych trybutów. Chłopak z jedynki, dziewczyna z trójki i tak można wymieniać. Nie żyje dokładnie 18 osób. Jak to się stało, że ominęły nas wszelkie walki? Zapewne każdy boi się wejść do lasu. Wiedzą, że będziemy na nich polować.

- Musimy się przemieścić.- zaproponował podrzucając maczetę.- Musimy zacząć się szykować to wykańczającej walki. Jak na razie jedzenia nam nie brakuje. Zanim jednak ruszymy zapełnię butelki z wodą.

- Okej, idź ja przepakuję plecak.- rzuciłam krótko i położyłam plecak na kolanach. Złożyłam starannie wielki śpiwór i podliczyłam ile mamy jeszcze prowiantu, zanim będziemy musieli uzupełnić zapasy. Moją uwagę przykuł na chwilę wielki krzew. Wielkie zielone liście, które wyglądają jakby chciały wznieść się do góry, delikatnie się poruszają, ale ja nie odczuwam żadnego wiatru. Odkładam plecak przed siebie i podnoszę z pod moich nóg kija. Nie będzie skuteczny w razie gdyby ktoś nagle się na mnie rzucił ale zawsze jakoś zdążę obronić się przed pierwszym uderzeniem. Wyostrzam wzrok, skupiam się tylko na tym krzewie. Po chwili jednak słyszę to samo za plecami. Odczuwam lekki dyskomfort, przerzucam plecak przez ramię i cofam się powoli do tyłu. Żadnych pochopnych ruchów... Spokojnie.

Staram się uspokoić, ale moich myśli napływa coraz więcej i więcej, tak aż zaczyna kręcić mi się w głowie.  W jednej chwili "to coś" co było w tych krzakach rzuca się na mnie. Wtykam kij w jego paszczę i szybko obracam się na plecy.

-Gale!- Wrzeszczę, i biegnę w jego stronę.- Zmiechy, Gale! Uciekaj!

Gale puścił mnie przodem i zaczął wymachiwać zręcznie maczetą. Moje nogi zaczynają robić się jak z waty. Czuję spływającą strużkę potu z mojego czoła. Chwytam Gale'a za dłoń i ciągnę go do przodu. Biegniemy tak jeszcze przez chwilę, aż dokładnie przed moimi oczami mignęła srebrna strzała. Obracam się w prawą stronę i dostrzegam dwóch trybutów zmierzających w naszą stronę. To koniec- myślę. Wybiegamy z lasu, pogoda momentalnie się zmienia i zaczynam potykać się o swoje nogi, stają się ciężkie, z każdym krokiem biegnę coraz wolniej. Zauważam, że jesteśmy na pustyni. Oddycham głośno i na chwilę się zatrzymuję, rozglądając się nerwowo. Gale pozbył się kilku zmiechów, one postanowiły poszukać mięsa na innych trybutach najwyraźniej, bo przestały za nami biec. Tamten trybut miał łuk, przypominam sobie.

- Gale , musimy tam iść. Mieli broń, możemy z tego skorzystać.- oponuję, wiem że jest to szaleńczo niebezpieczne, ale nie mamy wyjścia. Na pustyni staniemy się łatwym posiłkiem. Moim myślą sprzyja dwukrotny wystrzał z armaty. Patrzę głęboko w jego oczy, zazwyczaj tak udawało mi się jego przekonywać.

- Dobrze, ale pójdę przodem.- zgodził się i zerknął głąb w lasu.- Bądźmy cicho, to może nie zwrócą na nas uwagi.

Przyglądam się silnie stojących na dwóch łapach podobnych do ludzi zmiechów. Ten który się na mnie rzucił miał taki pusty wzrok, oraz ciemnoniebieskie ślepia. Są podobne do tych, które zabiły Finnicka. Zauważam, że mogą przybrać one postawę dowolnej istoty. Ogromne szpony, oraz wystające kły, powodują u mnie obrzydzenie. Robi mi się niedobrze, przypomina mi się ginący Finnick. Odwracam od nich wzrok i opieram się o pień drzewa. Stoję na skraju dwóch krain. Gale zaczyna zbliżać się do martwych trybutów, więc również i ja dołączam do niego. Zmiechy, prawdopodobnie zaczęły nas szukać i odeszły kawałek od martwych ciał. Mamy chwilę czasu, żeby zabrać łuk i uciec na pustynię. Mój myśliwy podchwytuje go szybko i pokazuje mi, żebym się wycofała. Wychodząc na pustynię od razu ściągnęliśmy przepocone kurtki i bluzy. Słońce praży niemiłosiernie, a my musimy znaleźć teraz bezpieczne schronienie. Całe nasze szczęście , że uzupełniliśmy zapasy wody. Teraz dopiero nam się poważnie przyda. Siadamy na chwilę na gorącym piasku i odkładamy ciężkie bronie. Mina Gale'a zakomunikowała mi, że coś jest nie tak. Ma zmarszczone brwi, ale chyba nie chce mi okazywać, że coś go boli. Zauważam, że ma rozszarpane ramię. Cały dzisiejszy posiłek podchodzi mi do gardła. Zasłaniam usta lewą dłonią, aby nie zwymiotować. Wiem, że nie powinnam okazywać mu tego, ale to ramię wygląda okropnie, strasznie krwawi. Nie mam pojęcia co robić, więc drę swoją koszulkę i biorę butelkę z wodą.

- Gale, błagam cię musisz wytrzymać.- mówię mu i pokazuję na jego ramię.

- Nie, zostaw! Nie marnuj wody. Nie możemy jej wykorzystać na moje ramię. Nie boli aż tak bardzo.- Jego oczy wypełniają się coraz większym obłędem. Postanawiam go nie słuchać i zbliżam się do niego.

- Możesz ruszyć tą ręką?- pytam z nadzieją.

- Tylko nadgarstkiem.- mruczy. W jego oczach zaczynają gromadzić się łzy, na pewno nie wzruszył się tym że chcę mu pomóc, a raczej z bólu.

- Nie będę cię okłamywała, to wygląda okropnie. Muszę Ci to przewiązać, inaczej w ciągu godziny się wykrwawisz.- zgodził się ze mną i chwycił się mocno za nogę. Zaczął jęczeć cicho, więc podaję mu plecak i karzę przygryźć.

- Jeszcze chwila, wytrzymasz.- informuję go i zaciskam mocno ramię, które nadal opróżnia okropnie krew z organizmu. Naglę słyszę dźwięk lecącego spadochronu. Ratunek. Uspokajam się i podchodzę do spadającego pudełka. Otwieram je zręcznie, a moje serce na chwilę zamarło. To od Haymitcha.

"Unieruchom rękę, mocno przewiąż i wracajcie."

Pod bandażem są jeszcze dwa opakowania gazy i jedna butelka wody do zdezynfekowania rany.  Nie wiem, czy to jest najlepszy pomysł ale szybko zamaczam gazę i oblewam ramię środkiem.

-Katniss!- wrzasnął Gale i mocno ścisną moją dłoń. Poczułam, że krew przestała mi do niej płynąć. Jego oczy są pełne bólu, nawet nie wiem jak mu pomóc. Zaczynam płakać z bezsilności i jednocześnie zawijam jego ramię bandażem. Prim wiedziałaby jak to dobrze zrobić, ja jestem w tym beznadziejna. Bandaż momentalnie zmienia barwę na ciemno-czerwony kolor. Wykorzystałam cały opatrunek, ale krew powoli zaczyna i tak przebijać przez górną warstwę materiału. Owijam go jeszcze kawałkiem z koszulki i zawiązuję. To powinno na trochę pomóc.

- Katniss, zostaw mnie. Nie uratujesz mnie już. Błagam cię uciekaj stąd.- mówi ze łzami w oczach. Wiem że to nie prawda i staram się go nie słuchać. Pakuję gazę i końcówkę wody do plecaka. Pomagam mu wstać i daję maczetę w lewą rękę.

- Gale jeszcze trochę. Obiecuję.- mówię mu i pokazuję kilka ogromnych głazów na pustkowiu na którym się znajdujemy. Odczuwam, że temperatura nadal rośnie. Podwijam spodnie i zamaczam skrawek koszulki, którym przecieram mokre czoło.- Widzisz tamto miejsce? Tam musimy dojść, powinniśmy chociaż na chwilę odsapnąć.

- To nie ma sensu, idź beze mnie.

- Gale! Jeżeli ty nie pójdziesz to i ja nie pójdę. Co wolisz? Żebym wróciła, czy nie?- bezmyślnie całuję go w policzek i mocno przytulam.- Nie mogę Cię stracić. Tylko ty mi zostałeś.

- Nie mów tak, Peeta na pewno cię kocha. No, ale dobrze. Chodźmy.- powiedział pociągając nosem. Głośno dyszy i co chwilę łapie się za obolałe ramię. Karzę mu oprzeć się o wielki kamień i podkładam pod głowę plecak.

- Zaraz coś wymyślę.- mówię gorączkowo myśląc i rozglądając się dookoła. Do lasu nie możemy iść jest tam niebezpiecznie. Pustynia odpada, tutaj też nie możemy zostać, nie przeżyjemy nocy. Zerkam na Gale. Okropnie cierpi, nie mogę go tutaj zostawić.- Musimy przemieścić się do rogu obfitości. Tam jest śnieg. Pomoże nam utrzymać przy życiu twoją rękę.

Pomagam mu wstać i zaczynamy iść na środek areny. Przed nami około dwóch kilometrów, musimy trzymać się z dala od lasu, oraz wioski która jest po prawej stronie.

Po kilkunastu minutach naszej wędrówki daję Gale'owi napić się wody, sama biorę dwa duże łyki i zagryzam ostatnim kawałkiem suszonego mięsa. Zaczyna nam się kończyć jedzenie. Długo tak nie przetrwamy. Przydałby się jeszcze jeden spadochron. Może jutro dostaniemy. Teraz muszę zrobić wszystko aby przeżyć do jutra. Potem może się udać. Muszę wymyślić jak wynieść się z tej areny. To nie pole siłowe, jest tak zrobiona aby nie było z niej ucieczki. Zaczynam zdawać sobie sprawę, że jesteśmy bezsilni. Jednak nie mogę dopuścić do siebie myśli, że umrzemy. Wiem jednak, że tylko jedno będzie mogło wrócić z areny. Zostały jeszcze dwie osoby do zabicia, a potem? Nie mogę go zostawić. Nie przeżyłabym tego że zostawiam go na pastwę losu. Blackhand obiecał, że nikt nie umrze. Te igrzyska potoczyły się bardzo szybko. Wiele przeszkolonych osób do zabijania, chęć zwycięstwa spowodowały, że w ciągu kilku dni można wracać do domu. Po tym wszystkim przyrzekam sobie, że osobiście zabiję Blackhanda. Zaciskam zęby i ciągnę coraz słabszego Gale'a do przodu. Jego ciemna cera, blednie w moich oczach. Z sekundy na sekundę widzę, że się wykrwawia. Jeżeli zaraz tam nie dojdziemy, nie będziemy mieli żadnych szans.