Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Kontynuacja Igrzysk Śmierci

Jeżeli czujesz, że zakończenie mocno cię rozczarowało i nadal masz ochotę czytać o życiu Katniss i Peety to właśnie tutaj jest twoje miejsce.

Katniss nadal musi zmierzać się z przeciwnościami losu i osobami, które przeszkadzają jej do prowadzenia spokojnego życia.

Czy uda jej się zaznać w końcu błogiego życia zwycięzcy?

 

O blogu

Blog stworzony z myślą o wszystkich fanach igrzysk, którzy mają niedosyt w ich historii podobnie jak ja. Postanowiłam założyć go, aby spróbować dokończyć historię, która siedzi mi w głowie.

Nie zapomnij zostawić po sobie komentarza! Miłego czytania.

#50 Ostatni Pocałunek

Opublikowany 2015/12/12

No i nareszcie witam was w 50'ym jubileuszowym rozdziale. Zapraszam do czytania, na facebooku kiedyś wspominałam, że miałam dosyć ciekawy sen. To właśnie ten. Mam nadzieję, że wam się spodoba i ten rozdział przypadnie wam do gustu, płakałam jak to widziałam, na pewno nie udało mi się oddać całej tej dramaturgii, ale zapraszam do czytania. Proszę i równocześnie dziękuję za komentarze. Pozdrawiam! //Nszarynska

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Po co Peeta mi go przysłał? W mojej głowie gromadzi się setki pytań, na które jak zawsze nie ma odpowiedzi. Obracam go w dłoni i zauważam, że z minuty na minutę więdnie. Brakuje mu wody.

Czyli podstawowej substancji, bez której nie jest w stanie funkcjonować poprawnie. Moją wodą był Peeta. Myśli o nim utrzymywały mnie przy życiu. A gdy już polepszyło mu się, wyglądało na to że już nic nie będzie mogło nam zaszkodzić, to wszystko rozsypało się na małe kawałki. Chowam kwiatek do kieszeni i zerkam na Gale'a. Nadal siedzi oparty o pień drzewa i stęka z bólu co jakiś czas. Pomimo tego, że staram się mu pomóc jak tylko potrafię, to i tak wszystko idzie na marnę. Znajdujemy się na skraju lasu, temperatura jest zaskakująco niska, ale to wszystko niedługo się skończy. Parenaście metrów od nas leży śnieg, przymarzł od minusowej temperatury. Nawet jak na nim stanę to nie ugina się pod moimi stopami. Czasami jak są większe zaspy, to pod wpływem ciężaru delikatnie drgnie. Siadam obok Gale'a i okrywam nas szczelnie śpiworem.

- Jeszcze trochę musisz wytrzymać.- zapewniam go i mocniej się przytulam.

- Nawet przestaje boleć.- mówi przekornie, zauważam że jego kąciki ust mimowolnie drżą. Zaczynam w głowie układać sobie wszystkie myśli. Musimy stąd wrócić. Tylko, że jeszcze nie mam żadnego planu. Mijają kolejne minuty, a my leżymy w bezruchu i nic nie jesteśmy w stanie zrobić. Sprawdzam opatrunek Gale'a, czy nie przesiąknął, ale krew przebiła się na zewnątrz pomimo to. Wzdycham i staram się powstrzymać łzy. Rozglądam się rozpaczliwie po arenie w poszukiwaniu ratunku, który nie nadchodzi. Mieliśmy nie ginąć. Nic z tego nie rozumiem. Może to chodzi o nas? Może to my mamy wygrać. Prostuję się i marszczę brwi. Muszę ich zwabić do rogu - przychodzi mi na myśl.

- Gale, musimy ich tu zwabić. Już wiem o co może chodzić.- informuję go, ale on tylko groźnie na mnie spojrzał i zaprzeczył jednym ruchem głową.- Spójrz, zaczynam to rozumieć. Czego byśmy nie zrobili, dostajemy spadochrony. Ludzie chcą, żebyśmy wygrali. To jest tak ułożone.

- Wątpie, nie widziałaś jak Chris spadał?

- A myślisz, że dlaczego Blackhand go zabił?- pytam go.

- No tak. Jake, chciał mu zaszkodzić i osłabić w pozycji władzy.- jego oczy delikatnie zaiskrzyły.

- No właśnie, myślę, że to my musimy teraz spróbować zginąć.- proponuję i wychodzę spod śpiwora.- Możesz wstać?

- Tak, z tym nie będzie problemu. Jedyne, czym nie mogę ruszać, to połowa prawej strony ciała, ale przecież to nic.- zarechotał cicho. Besztam go i przewieszam łuk przez plecy.

- Musimy wejść trochę w głąb lasu. Tu jest zbyt zimno, zakładam że tam ich znajdziemy.

- Dobra myśl. Daj mi maczetę, może większość nie wie, że mam uszkodzoną rękę.

- Zostały dwie osoby, myślisz że mogą współpracować?

- Nie myślę, ja to wiem. Dwóch trybutów, pracujących osobno? Na nas? Bez szans. Musieli się dogadać.- powiedział i przewiązał paski od plecaka na brzuchu. Ja bym nie mogła, mój skurczył się do takiego poziomu, że zaczyna drętwieć. Skończyła nam się wołowina i cały zapas jedzenia. Została tylko woda.

Powolnie kroczymy w stronę głębi lasu, na arenie zrobiło się zupełnie ciemno. Temperatura zaczyna rosnąć. Pod kurtką zaczyna robić mi się coraz cieplej. Wyostrzam wszystkie zmysły, ale jeden zostaje w ułamku sekundy zaburzony. Zaraz za nim wszystkie pozostałe. Róże...

Zaczynam się dusić, od miażdżącego zapachu róż. Mój mózg przestał racjonalnie myśleć, akurat w momencie gdy...

- GALE!- krzyczę do niego i szybko przemykam między drzewami.- Uciekaj!- wrzeszczę.

Wybiegła na niego dwójka dobrze uzbrojonych trybutów, którzy musieli być przy rogu obfitości, lub zabrali to od innych swoich ofiar. Mój głos jednak chyba do niego nie dotarł, stoi nadal jak osłupiały. Chyba, że.. Już wiem co chce zrobić.

- NIE! GALE!- krzyczę ostatni raz, a później słyszę tylko wystrzał. Padam na kolana i zerkam na dwójkę trybutów, którzy wymieniają się między sobą spojrzeniami. No już, chodźcie tu po mnie. Nie mam nawet siły ruszyć dłońmi. Łuk upadł na ziemię, razem z kołczanem strzał. To koniec - myślę. Rue, Prim, tata, Gale, Finnick, wszyscy zaczynają pokazywać mi się przed oczami. Pewnie to halucynacje wywołane zapachem róż. Oddaję się mu całkowicie, wdycham ostatni raz głęboko powietrze i zamykam oczy. Potem czuję, że odpływam...

Silny blask słońca, delikatny powiew wiatru oraz zapach rosnących traw. Jestem na łące. Rozglądam się dookoła siebie, koniuszkami palców, smugam końcówki traw. Kroczą wzdłuż rozpiętej doliny. Więc tak jest po śmierci, tylko gdzie są wszyscy moi bliscy? Na myśl przychodzi mi piosenka. Decyduję się zanucić sobie ją. Już teraz nie odczuję bólu. Nie ma nikogo kogo bym musiała tak mocno kochać. Jestem wśród tych osób, które darzą je takim samym uczuciem, jakim ja darzyłam ich przedtem.

Tu jest bezpiecznie, ciepło jest tu,
Stokrotki polne zaradz
ą złu.
Najs
łodsza mara tu ziszcza się,
Tutaj jest miejsce, gdzie kocham ci
ę...

Nie potrafię określić czy cokolwiek czuję. Stawiam miękko stopy na trawie, ale nawet tego nie potrafię zinterpretować. Zupełnie nie wiem czym to jest spowodowane. Zbliżam się do początku lasu, który zakańcza cudowną, złotą polanę. Dotykam dłońmi pni drzew, moje zmysły zaczynają pracować. Chropowate drewno, załamuje się pod moim uściskiem. Odrywam kawałek kory i obracam go w dłoniach. Chyba jest coś na nim napisane, koślawe litery, których nie umiem odczytać. Skupiam się tylko na tym, ale one zlewają się w jedną całość. Mrugam pośpiesznie oczami i zerkam jeszcze raz. Peeta.

Łapię głośny oddech i zrywam się z łóżka. Patrzę na swoje dłonie. Ja żyję. To był tylko sen, albo wspomnienie. Droczące koszmary odeszły. Znajduję się w sterylnym, na biało pomalowanym pomieszczeniu. Szpital. Rozpoznaję doskonale to miejsce. Leżałam w nim gdy, prześladowanie Gale'a się skończyło. Oddycham głośno, próbując uspokoić puls. Moje serce łopocze nierówno, ale to nie jest jedyny problem. Peety przy mnie nie ma. A gdzie jest Gale? Znowu te pytania. Przychodzą mi do głowy, z każdą następną chwilą. Kiedykolwiek się skończą?

Podnoszę się z łóżka, odrywam kroplówkę, do której byłam przypięta. Na wpół biegnę, na wpół wychodzę z pomieszczenia. Długi korytarz, przemykam przez niego szybko i idę do sali, łączącej pałac ze szpitalem. Tak to jest ten szpital, przy pałacu prezydenckim. Mijam sale, na każdej jest napisane jakieś nazwisko. Głowa pęka mi od tego wszystkiego. Sama sobie tego nie wytłumaczę, więc postanawiam znaleźć Blackhanda. Łapię za bogato zdobioną klamkę, która otwiera mi drzwi do pałacu. Strażnicy delikatnie kiwają głowami w moim kierunku. Wskazują drogę i otwierają przede mną wielkie mosiężne drzwi. To za nimi urzęduje prezydent. Wchodzę do pomieszczenia i zauważam go. Na myśl przychodzi mi tylko jedno.

-Dlaczego?- warczę przez gromadzące się łzy. Odczuwam jakby moje serce zaraz miało wylecieć z klatki piersiowej. Łopocze mi tak szybko, że nie mogę się na niczym innym skupić jak na utrzymaniu się na nogach.- Jesteś potworem.- wybucham.- Nie powinieneś żyć. Jesteś taki sam. Jak Snow. Tego właśnie chciałeś?- syczę do niego.- Wszyscy myśleli, że pomożesz odmienić los Panem, a ty zamordowałeś tych ludzi z zimną krwią.- splunęłam mu bez zastanowienia prosto w twarz i zacisnęłam pięści. Blackhand skrzywił się groźnie, ale rozprostował plecy i w ułamku sekundy poczułam jak zapiekł mnie policzek. Złapałam się za niego i otworzyłam szerzej oczy, w niedowierzanie, że był zdolny to zrobić. Po chwili otłumienia, odzyskałam siłę w prawej ręce i oddałam mu dużo mocniej, że aż odchylił głowę. Strużka krwi wypłynęła z jego nosa. Od razu pożałowałam tej decyzji. Jego dłoń mocno się zacisnęła i już wiedziałam , że zaczyna zmierzać w moim kierunku. Upadłam ciężko na ziemię, a prezydent na dodatek kopnął mnie w udo. Jęknęłam głośno, ale nie straciłam rezonu i kolejnego ciosu już uniknęłam. Przeturlałam się na bok i szybko podniosłam. Roztarłam piekący ból w nodze i zacisnęłam pięści. Dalej jestem na arenie. Na arenie, w której muszę stoczyć walkę o życie. Blackhand powalił mnie ponownie jeszcze jednym ciosem przez moją nieuwagę, tym razem jednak w brzuch. Skuliłam się na ziemi, a on rzucił się na mnie i zaczął mną szarpać. Usłyszałam skrzeczący dźwięk metalu, co dało mi nadzieję nadchodzącego ratunku. Niestety drzwi nadal pozostały zamknięte, a w dłoni Blackhanda natomiast, zauważyłam nóż. Spojrzałam mu głęboko w oczy, co i tak nic nie dało i poczułam przeszywający mnie na wylot ból w okolicy brzucha. Zobaczyłam, że dookoła mnie zaczyna się gromadzić plama krwi. Zacisnęłam mocno ranę, najgorsze by było jakbym zaczęła panikować, więc staram się ograniczyć ruchy na tyle ile mogę. Nic to jednak nie da, bo nikogo tu nie ma. Nikt już mi nie może pomóc. Blackhand rzucił nóż i uciekł jak tchórz. Zaczyna mi się kręcić w głowie. Widzę jakby przez mgłe. Opieram głowę o zimną posadzkę i czekam aż będę mogła nareszcie umrzeć. Czas dłuży mi się nieskończenie, wszystko widzę przed oczami. Śmierć Gale'a na arenie oraz tego żywego, młodego i krzepkiepkiego człowieka Chrisa, oraz Peetę, czyli tego podłego, zakłamanego gnojka, który mnie wykorzystał. Zamykam oczy i pozwalam sobie w końcu odejść. Ktoś jednak krzyczy coś do mnie i szarpie mnie za ramię. Otwieram oczy, a zaraz na przeciwko ich widzę blask niebieskich tęczówek.

- Katniss!- wrzeszczy do mnie Peeta.- Katniss, błagam cię tylko nie zamykaj oczu, nie zasypiaj.- wrzasnął i mocno przycisnął swoją dłoń do mojego brzucha. Uśmiecham się do niego, a z moich oczu w podziękowaniu wypływa łza. Dostrzegam, że jego oczy zaczęły wypełniać się nieskończoną otchłanią rozpaczy. Z jego kącików oczu, zaczęły wypływać strumienie łez. Składa na moich ustach ciepły pocałunek, pomieszany ze słonymi łzami. Moje ciało zadrżało. Tak jak na ćwierćwieczu poskromienia. Na plaży, gdy bez zastanowienia całowaliśmy się. Nie wiedziałam, czy go kocham, ale teraz już to rozumiem. Kochałam go zawsze, gdy patrzył na mnie jak na wariatkę w komicznych sytuacjach, jak na zmiecha, na cel który starał się zlikwidować. Jak na ukochaną. A ja byłam za głupia, żeby to w pełni zrozumieć. Teraz już jest na to zapóźno, ale przynajmniej wiem, że zrozumieliśmy to oboje. Gładzi jedną reką moje włosy, odgarniając kosmyk z mojej twarzy i bezgłośnie płacząc.

- Nie możesz teraz umrzeć.- stęknął i przetarł dłonią łzy.- Katniss! Nie możesz!

- Wiesz Peeta, kochałam cię kiedyś. Kocham cię nadal, dbaj o nią tak jak kiedyś próbowałeś o mnie.- mój głos zaczął się załamywać i być coraz bardziej ochrypły. Nie mogę już wydusić z siebie ani słowa. Więc to tak wygląda śmierć. Nie chciałam nigdy tak umierać, ale z drugiej strony to najlepsze co mogło mi się przytrafić. Mam nadzieję, że on zapamięta mnie taką jak kiedyś. Roześmianą, ale niepewną. Ściskam delikatnie jego dłoń i chwilę później zwalniam go. Moje powieki robią się coraz cięższe, odczuwam jeszcze przez chwilę, że ktoś mnie podnosi, ale być może to złudne. Może ktoś po prostu mnie już stąd zabiera. Od tego wszystkiego. Dziękuję mu za to.