Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Kontynuacja Igrzysk Śmierci

Jeżeli czujesz, że zakończenie mocno cię rozczarowało i nadal masz ochotę czytać o życiu Katniss i Peety to właśnie tutaj jest twoje miejsce.

Katniss nadal musi zmierzać się z przeciwnościami losu i osobami, które przeszkadzają jej do prowadzenia spokojnego życia.

Czy uda jej się zaznać w końcu błogiego życia zwycięzcy?

 

O blogu

Blog stworzony z myślą o wszystkich fanach igrzysk, którzy mają niedosyt w ich historii podobnie jak ja. Postanowiłam założyć go, aby spróbować dokończyć historię, która siedzi mi w głowie.

Nie zapomnij zostawić po sobie komentarza! Miłego czytania.

#52 Powrót do życia...

Opublikowany 2016/03/06

Witam w niedzielne popołudnie ;)

Chciałabym przypomnieć coś co w zasadzie zmieniło całe moje życie i bardzo za to podziękować.

Trzy dni temu 3 marca odbyła się Gala Blog roku, na której miałam przyjemność się zjawić. To dzięki głosom wszystkich, trzymaniu kciuków oraz emocji. Dziękuję wszystkim, właśnie dla takich chwil warto żyć.

Jak mówiłam każdy rozdział będzie co weekend, piątek, lub niedziela. To zależy od mojego czasu. Tydzień temu nie było ponieważ nie było mnie w domu.

 

Nie przedłużam więcej, i oczywiście zapraszam do czytania kolejnego rozdziału. /Nszarynska

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 Grube krople deszczu odbijają się twardo od mojej szyby. Przyglądam się na szybko moknące podwórze. Ziemia zrobiła się ciemna od spadającego na nią ogromy chłodnej wody z nieba. Wszystko wygląda ponuro w moim mieszaniu. Przewrócona szafa, pełno śmieci i porozrzucanych w każdy kąt ciuchów męskich. Czasami sama siebie nie potrafię zrozumieć jak można żyć w takim chlewie.

Mój żołądek też jest w opłakanym stanie. Ostatnio mało jadam, zwykle ograniczam się tylko do jednego posiłku w ciągu dnia. Śliska Sae by się za to na mnie pogniewała. Ustawiam się pod lustrem i patrzę na swoje w zasadzie zmasakrowane ciało. Dosłownie, żebra wyszły na wierzch, te wszystkie pozabliźniane rany, oparzenia oraz przeszczepiona skóra. Dawno już nie wyglądałam aż tak okropnie. Gdy byłam z Peetą, nie zwracałam na to uwagi, zapewne dlatego że oboje wyglądamy podobnie. Około miesiąc temu przyjeżdżała jeszcze Johanna i czasami wpadał Haymitch. Teraz czuję, że popełniłam błąd wykrzykując, że ich nie potrzebuję. Kim się stałam? Samotną i rozkapryszoną dziewczynką. A Peeta? Minęły już trzy miesiące odkąd się rozstaliśmy. Może układa sobie życie z kimś innym u boku. Z kimś kto w końcu będzie mu sprawował pełną opiekę i zrozumienie? Dlaczego nikt mnie nie może zrozumieć. W głowie mam ogromny mętlik. Cinna potrafił przewidzieć to co zrobię. Wszystko co planował było zgodne z moją decyzją. Jakby wiedział co mi siedzi w głowie. Teraz już nie ma ani jednej takiej osoby. Oprócz Gale'a.

Z perspektywy czasu wiem, że była to nieomylna decyzja. Potrzebowałam tego spokoju. Wciągam na siebie spodnie. Teraz już wiszą, a nie przylegają. Przestraszyłam się na to, że aż tak okropnie schudłam. Przed lustrem moje nogi nie wyglądały jeszcze tak źle, chociaż może wyglądały, tylko ja już po prostu nie wiem jak było dobrze przed tym wszystkim. Przerzucam kurtkę przez plecy i chwytam za oparty o ścianę łuk. Wpatruję się jeszcze przez chwilę na wbitą w nasze wspólne zdjęcie strzałę. Nie mam pojęcia co mi wtedy odbiło, że puściłam tą cięciwę. Zniszczyłam je, tak samo jak wszystko inne. Nie powinnam się tym przejmować - karcę się w myślach i wychodzę z domu trzaskając drzwiami. W mgnieniu oka dostrzegam siedzącego na przeciwko na schodach Haymitcha, który się na mnie uważnie patrzy. Oboje milczymy. Dzieli nas kilkanaście metrów, ale dokładnie potrafię rozgryźć, że coś właśnie nasunęło mu się na myśl. Jednak ani ja, ani on nie możemy się poruszyć. Przecinamy się tylko chłodnymi spojrzeniami, które przeszywają moje ciało na wylot. Odwracam głowę i idę w stronę lasu. Haymitch wyraźnie musi odprowadzać mnie wzrokiem, bo nadal czuję na sobie te lodowane spojrzenie. Moje ciało zadrgało jeszcze raz, a następnie przekroczyłam ogrodzenie. Stąpam po miękkiej leśnej poduszce z mchu i odczuwam w sercu ulgę. Ta kontrowersyjna sytuacja przyprawiła mnie o ból głowy. Nie mam ochoty z nim rozmawiać, nie miałabym mu co powiedzieć.

Za pomocą dwóch oddechów poczułam, że nareszcie żyję. Zapach lasu, który wytrąca się, z powodu osaczenia go przez deszcz jest lekarstwem na każde moje dolegliwości. Grube liście namnożone na gałęziach nie przepuszczają ani jednej kropli. Zauważam w głębi nich kilka pogrążonych w śnie ptaków. Jedne z nich natomiast obserwują każdy mój ruch, jakby wiedziały co zaraz mogłoby ich czekać, ale znają moje zamiary i wiedzą że tego nie zrobię. Mijam je zwinnie i pozostawiam aby odpoczywały. Jest szósta rano, co mnie bardzo uspokaja. Wyjątkowo dzisiaj spałam dłużej, o jakieś mniej więcej dwie godziny, co oczywiście wydłużyło moje koszmary.

Dostrzegam biegnącego jelenia. Moja dłoń zadrgała. Nawet najcichszy dźwięk lasu jest przeze mnie rejestrowany. Pomimo tych kilku miesięcy przerwy, nie uśpiło to całkowicie mojej czujności. Pozostawiam go wolno i odchodzę. Ruszam w kierunku wielkiego kamienia. Kucam i naciągam cięciwę. Nabijam zręcznie strzałę i patrzę na lustrzane odbicie w tafli wody. Po drugiej stronie na brzegu, nieopodal mnie stoi samotne drzewo. Wstrzymuję na kilka sekund swój oddech dla zwiększenia celności i wypuszczam strzałę. Usłyszałam tylko świst powietrza i strzała pomknęła nad taflą wody. Nie mam pojęcia, czy wbiła się w tamte drzewo, bo stoi jednak zbyt daleko, żebym mogła to stwierdzić. Było jedynym samotnym drzewem najbliżej mnie.

Deszcz znów zaczął padać, a była już chwila na to aby las mógł odetchnąć. Wchodzę ponownie w głąb lasu aby nie zmoknąć. Liście jednak zaczynają odmawiać posłuszeństwa i przepuszczają kilka samotnych kropel. Postanawiam ostatecznie wrócić już do domu. Ciężko jest mi się rozstawać z "moim" lasem, ale czas się ogarnąć i odwiedzić starych znajomych. Za pewne wiedzą, że prędzej czy później się uspokoję i powiem, że to nie jest prawda.

 Nie obracając się przechodzę przez próg moich drzwi i jednoczenie zamykam je za plecami. Zrzucam kurtkę, opieram łuk o ścianę i rozglądam się. Patrząc na to wszystko dopada mnie jeszcze większe lenistwo. Nie zastanawiam się dłużej i zaczynam zbierać porozrzucane rzeczy z podłogi. Nadal przesiąknięte są jego zapachem. Łzy przez chwilę zebrały mi się w kącikach oczu. Ktoś zapukał do drzwi. Szybko przerzucam ubrania w jedno miejsce i przecieram łzy. Biorę głęboki wdech i otwieram.

- Mogę?- zapytał przemoczony Haymitch. Przytaknęłam i przesunęłam się na bok. Ściągnął płaszcz i przewiesił na wieszaku. Poczułam duszący smród alkoholu.

- Cuchniesz.- mruknęłam pod nosem. On uśmiechnął się lekko i wszedł w głąb salonu.

- Wiesz skarbie, nie tylko tobie może być trudno.- rzucił mimowolnie.

- To znaczy? To, że masz problem z kontrolowaniem tego, to wiemy nie od dziś.- powiedziałam krzyżując ręce.

- Chciałbym też, żeby ktoś był mi tak wierny jak ja Tobie.- sprecyzował opadając ciężko na kanapę. Odgarnął włosy z twarzy i posłał mi pokrzepiający uśmiech.

- To ma być wyznanie?- parsknęłam.

- Tak jak twoje na arenach.- zarechotał cicho. Posłałam mu kuksańca, ale uśmiechnęłam się również.- Też mi cię brakowało. Tego żeby ktoś stale mi dopiekał, że śmierdzę.- burknął. Zaśmiałam się krótko
i spojrzałam na szafę.

- Pomożesz?

- Jasne.- bez zbędnych komentarzy i pytań podniósł się i złapał za szafę. Znów stanęła w pionie. Otworzyłam ją i zaczęłam wrzucać stare ubrania, Może nie tyle co stare, ale nieaktualne. Haymitch podał mi kilka koszul, które były jeszcze za kanapą.

- Niezłe tornado tu przeszło. Gale ci pomagał to wszystko zdemolować?- musiał w końcu zapytać. Wiedziałam, że prędzej czy później to nastąpi, więc przewracam tylko oczami.- Tak w ogóle to pytał o ciebie.

-Gdyby tak bardzo go to interesowało to by przyszedł.- warczę.

- Spokojnie, ja tylko przekazuję Ci tą krótką i niezwykle interesującą informację.- oznajmił.

- Ehe.- jęknęłam zajmując miejsce na kanapie. - Wiesz co u niego?

- Skąd mam wiedzieć, mówię Ci tylko to co wiem. Nawet dobrze wyglądał.

- Nie pytam o Gale'a.- ucięłam.

- Więc chodzi ci o Peetę. Z tego co wiem teraz jest w Kapitolu. No wiesz gazety bardzo lubią o nim pisać. Stał się bodajże jedną z jej gwiazdek. Buja się z jedną z dziennikarek ponoć. Tylko tyle wyczytałem w gazetach. Nawet nie raczy do mnie zadzwonić, powiedzieć co u niego.- Haymitch przerwał gdy ujrzał, że się zasmuciłam.

- Wszystko już okej. Tylko trochę się zapędziłam. Myślałam, że nie będzie mógł się po mnie otrząsnąć.- powiedziałam.

- Minęły trzy miesiące. Nie wymagaj od niego wiecznej rozpaczy. On sobie radzi z tym w inny sposób. Mogę cię zapewnić, że nadal się z tym nie pogodził. Nie ufam tym kapitolińskim pisemkom. Tak jak wtedy z tym pocałunkiem.-przyznał mentor.

- Może masz rację. Haymitch, czy pojechałbyś ze mną do Johanny? Co u niej, myślisz, że nie obraziłaby się gdybym do niej zawitała?

- Korona z głowy jej nie spadnie, tobie z resztą też jak ją przeprosisz.- zasugerował.

Przytaknęłam i podniosłam się z kanapy.

- Podobno miała się przeprowadzić.- przypomniałam mu.

- Tak, Annie jest w dystrykcie 4 tylko, że teraz mieszka sama. Chce, żeby jej synek wychowywał się przy wodzie. Tak jak oni w dzieciństwie. Mówiła, że jest tak bardzo podobny do Finnicka, że to dobrze jej zrobi. Johanna natomiast mieszka w dystrykcie 7. Razem z Jake'm rzecz jasna.

- Wolałabym najpierw odwiedzić Annie. Przejść się wzdłuż ogromnej plaży.- zamarzyłam i przymknęłam oczy wyobrażając sobie jak siedzę na suchym piasku pozwalając promieniom słońca dotykać moją skórę.

- Dobrze, więc powiedz mi kiedy i zamówimy samolot. Panem przyznało osobny poduszkowiec, na każdego żywego trybuta. Wiesz nowe prawa w ramach tamtych medialnych igrzysk. Jak na razie jest nawet nieźle. Standardy państwa się powiększają, wszystkie zakazy na wyjazd za granicę zostały zniesione.

Unoszę brwi w zdumieniu. Tak dawno nie oglądałam wiadomości i nie czytałam gazet, że ominęły mnie wszystkie najważniejsze informacje po igrzyskach. Od teraz postanawiam, że wszystko nadrobię. Już nie będę tą samą Katniss. Nigdy więcej.