Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Kontynuacja Igrzysk Śmierci

Jeżeli czujesz, że zakończenie mocno cię rozczarowało i nadal masz ochotę czytać o życiu Katniss i Peety to właśnie tutaj jest twoje miejsce.

Katniss nadal musi zmierzać się z przeciwnościami losu i osobami, które przeszkadzają jej do prowadzenia spokojnego życia.

Czy uda jej się zaznać w końcu błogiego życia zwycięzcy?

 

O blogu

Blog stworzony z myślą o wszystkich fanach igrzysk, którzy mają niedosyt w ich historii podobnie jak ja. Postanowiłam założyć go, aby spróbować dokończyć historię, która siedzi mi w głowie.

Nie zapomnij zostawić po sobie komentarza! Miłego czytania.

#55 Schadzki w Salonie

Opublikowany 2016/03/16

Witam was :) Zapraszam do czytania rozdziału. Kolejna notka jutro.

Prosiłabym o skomentowanie, chciałabym poznać waszą opinię. Jeżeli ktoś nie wie jak skomentować, pod miejscem na komentarze jest informacja. Dziękuję, za te które się pojawią. One mnie motywują, także jeżeli ktoś może to bardzo proszę. //Nszarynska

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Spanie nie jest jednym z moich zaprzyjaźnionych aspektów. W szczególności kiedy muszę być tutaj sama. Gładzę dłonią puste i chłodne miejsce obok mnie.

Wyobrażam sobie podświadomie, że on jednak tu jest. Patrzymy sobie prosto w oczy. Tonę w jego głębi błękitu, pozwalam się pochłonąć jego ogromnym i silnym ramionom. Kładę głowę na jego klatce i zatracam się całkowicie.

- Co ty robisz?- pyta mnie rozbawiona Johanna. W ułamku sekundy otwieram oczy i podrywam się. Moje policzki zalał ogromny rumieniec. Zastanawiam się jak długo mnie obserwuje i ile z tego widziała.

- Eee, nic.- odpowiadam zakłopotana. Odgarniam kosmyk włosów z twarzy, który spada mi na prawe oko. Ona zaczyna się ponownie śmiać.

- Nic? Spójrz na siebie. Kiedy w końcu go sobie odpuścisz?

- Ty chyba żartujesz...- patrzę na nią tak jakbym nie zrozumiała pytania. Możliwe, że tak jest więc proszę ją o to żeby powtórzyła.

- No to co słyszysz. Kiedy dasz sobie wreszcie z nim spokój? Myślę bezmózgu, że to już czas.- powiedziała tak gładko jak gdyby nigdy nic to mnie nie miało obchodzić. Marszczę brwi i podnoszę się z łóżka. Ona jednak kontynuuje.

- No żartuję tylko kretynko.- kwituje z ciągłym uśmiechem na twarzy. Zauważam, że coś próbuje przede mną ukryć.

- A ty mogłabyś się teraz z dnia na dzień rozstać z Jake'm?- zapytałam krzyżując ręce na piersiach. Zauważyłam, że na jej twarzy pojawia się smutek. Od razu pożałowałam, że to powiedziałam...

- Chodź Katniss, Plutarch czeka.- urywa.

- Johanna.- łapię ją mocno za łokieć w chwili gdy miała zamiar opuścić moją sypialnię. Jej oczy przepełniły się łzami i żalem.- Rozmowa z nimi teraz będzie najmniej istotna.- kontynuuję. Ona jednak zaprzecza głową i patrzy mi prosto w oczy. Nie często widuję ją w takim stanie.

- On po prostu..- zaczyna szlochać.

- No coś ty...- mówię cicho i mocno ją przytulam. Wiem, że ostatnio schrzaniłam mówiąc kilka niepotrzebnych słów, ale to nadal moja przyjaciółka. Czy tylko my musimy przechodzić przez to wszystko?

Schodzimy po kilku minutach z góry i na pierwszy rzut oka od razu zauważam sporą grupę osób w moim salonie.

- Co to za jakieś potajemne schadzki?- wypalam poirytowana patrząc na Haymitcha. Wygląda tak żałośnie, że dyskusja z nim w tym momencie wydawałaby się zbędna.

- Usiądź.- powiedział Plutarch wskazując miejsce obok Gale'a. Przyjaciel kiwnął mi głową na powitanie i zrobił wolne miejsce obok siebie, przerzucając przepełnioną pierzem poduszkę na drugą kanapę. Moje mieszkanie wygląda teraz niezwykle czysto. Zerkam na godzinę. Jedenasta. Nie możliwe, że spałam tak długo. Chociaż to dzisiaj śniło mi sę, że nareszcie miałam możliwość leżeć obok Peety po takim czasie, więc całkiem prawdopodobne, że nie obudziły mnie wcześniej codziennie dręczące mnie koszmary. Widocznie mama musiała już posprzątać dokładnie mieszkanie przed ich przyjazdem. Jest mi trochę wstyd, że jej nie pomogłam, a tylko ja tu mieszkam od tak dawna. Przysiadam się w końcu i rozglądam się. Jest tu mój mentor, Beetee, Plutarch, Johanna, moja mama, Gale i ja. Kogo brakuje? Jake'a i Peety. Z tym drugim to oczywiste, ale po pierwszym bym się tego nigdy nie spodziewała. Wydawał się na normalnego.

- Gdzie jest Jake?- pytam w końcu przekładając lewą nogę na prawą.

- Jakby to powiedzieć, zrezygnował.- bąknął Haymitch gestykulując dłonią.

- Tak po prostu? Wytłumaczy mi ktoś do cholery o co tu chodzi?- syczę przenikając spojrzeniem mentora.

- Mamy kilka spraw do wyjaśnienia.- odchrząknął Plutarch.

- No słucham słucham.- powiedziałam opierając łokieć o moje udo i podpieram teraz na dłoni mój podbródek. Muszę wyglądać na znudzoną, czyli właśnie tak jak chcę.

- Chciałbym ci oznajmić, że od następnego miesiąca Paylor powraca na posadę prezydenta Panem, a ja będę ją wspomagał. Blackhand został podany do dymisji. Pomogłem mu w tym troszkę razem z Gale'm i Peetą.- powiedział ironicznie akcentując pierwsze słowo. Zerkam na Gale'a. Nie powiedział mi o tym, że z nimi współpracuje. Wspomniał, że widział się z Peetą w Kapitolu, ale nie że z nim pracował. Gale kręci głową dając mi do zrozumienia, że ta rozmowa może zaczekać i nie musimy poruszać jej właśnie teraz. Zaczynam się denerwować, ale ma całkowitą rację. Wrócimy do tego później.

- No i po co mi to mówisz?- warczę.

- Nie tobie, a wam. Konkretniej potrzebuję ciebie i pozostałych zwycięzców. Chcemy dwa razy w miesiącu organizować spotkania zwycięzców aby prowadzić porządek. Tylko my byśmy decydowali o Panem. Do tego raz w miesiącu jakaś delegacja do dystryktu, ale to jeszcze jest do uzgodnienia. Bez żadnych igrzysk oczywiście już nigdy więcej, nawet mi to przez myśl nie przyszło.- powiedział starając się mnie przekonać. Wszyscy wiedzą przecież co ja myślę o polityce. Zbędne pytanie.

- Nie.- wyrzucam z siebie beznamiętnie i wstaję. Haymitch łapie mnie mocno za nadgarstek i szepcze na ucho.

- Poczekaj, zastanów się.- mówi ledwo słyszalnie.

- Nie. Puść mnie, już podjęłam decyzję. Nie będę się wtrącała w nic co ma związek z władzą. To nie jest mój interes. Peeta...- zawieszam na chwilę głos, potem odwracam się na pięcie i biegnę spowrotem do swojej sypialni. Słyszę tylko jego cichy szept w głowie. Zawsze...

Wtulam się mocno w swoją pościel. Podkulam się i wtapiam swoją twarz w poduszkę. Pozwalam delikatnemu materiałowi pochłaniać moje łzy. Od dawna już to było moje ulubione zajęcie. Słyszę skrzypnięcie drzwi.

- Wyjdź stąd Haymitch!- krzyczę pomiędzy szlochami. Przypomina mi się sytuacja z przed miesiąca. Wszystko było takie podobne do tego co mu mówię teraz z tym, że powiedziałam dużo więcej niż powinnam...

- Kochanie.- mówi mama. Od razu poznaję jej łagodny głos.- Plutarch nie chce cię przecież do niczego zmuszać słoneczko. Poprosił mnie żebym spróbowała cię tylko o coś poprosić.

- O co?- mruczę. Przełknęłam gorączkowo ślinę i podniosłam głowę.- Ja nie chcę... Nie mogę już dłużej...

- Chciał żebyś pojechała na zebranie, które odbędzie się jutro. Musicie poprzeć Paylor. Każdy dotychczas żyjący zwycięzca. Takie zostały narzucone warunki. Tylko wtedy będzie mogła dojść do władzy. Tylko jedna Katniss...- przerywa i gładzi dłonią moje włosy, odgarniając jednocześnie kilka kosmyków z twarzy zaczepiając je o moje ucho.

- I mam się na niego normalnie spojrzeć? Jak gdyby nigdy nic?- pytam ją z coraz większą irytacją.- Przecież...

- Ciii...- mówi mama spokojnie przytulając mnie tak jak kiedyś. Jak byłam bardzo bardzo mała... Jak kiedyś tata.

W jej ramionach czuję się tak jakbym znów miała sześć lat. Tak jakbym chodziła w warkoczykach i była grzeczną dziewczynką, w której podkochiwał się potajemnie syn piekarza.

- No dobrze.- mówię w końcu.- Ale obiecaj mi że jak już będzie po wszystkim to zabierzesz mnie od razu do domu.- patrzę na nią wyczekująco.

- Oczywiście, że tak.- odpowiada.- To co zejdziemy do nich na dół?

Schodzę po schodach ze spuszczoną głową. Czuję na sobie wzrok wszystkich. Mogliby chociaż raz postawić się na moim miejscu i poczuć, że to nie jest w cale łatwe.

- Dziękuję.- wyszeptał Haymitch.- Obiecuję, że jeżeli coś będzie nie tak to pierwszą osobą od której mu się oberwie za to że cie źle potraktuje będę ja. Po mnie już nikt nie będzie musiał tego robić.- powiedział to w taki sposób, że tylko ja mogłam to usłyszeć.

Przecież to oboje doszliśmy do wniosku się rozstać. Musiałam odpocząć, a teraz gdy nie potrafię bez niego sobie poradzić, każde wspomnienie odbiera mi chęci do życia. On jest moim powietrzem. Bez niego nie ma mnie. Nie umiem tak długo bez niego żyć. Tylko on potrafi rozpalić we mnie wszystkie możliwe uczucia. Mam nadzieję, że on myśli tak samo...

- W takim razie widzimy się jutro w Kapitolu. Zarezerwowałem już miejsca w bogatym hotelu obok Pałacu Prezydenckiego.- znowu to samo. Przepych, pieniądze, drogie wnętrza. Na co to komu? Oni chcą zrobić z nas kogoś kim tak naprawdę nie jesteśmy. Jestem przecież tylko dziewiętnastoletnią dziewczyną, których urodzin nie obchodzę z depresją i brakiem bliskich. Ostatnio obchodziłam je jak Peeta podarował mi pierścionek. A teraz mamy październik.
 Może dla tych w Kapitolu jesteśmy "kimś", ale w dystryktach nie jest lekko. Skoro większość chciała powyżynać nas na arenie. Trzeba je w końcu zburzyć.

Haymitch poszedł odprowadzić Plutarcha i Beetee'go na poduszkowiec. Stale o czymś rozmiawiają, a na końcu uściskają silnie dłonie. Domyślam się, że knują coś za plecami. Szyderczy śmiech Johanny mnie w tym zatwierdził.

- Katniss, pójdę już.- mruknął Gale.- Do zobaczenia jutro.

- Cześć.- odpowiadam krótko patrząc się na Johannę. Gdy już opuścił moje mieszkanie postanowiłam, że muszę się tego od niej dowiedzieć.- Johanna, dlaczego nie ma tu Jake'a?

- Zdecydował, że tak będzie lepiej.- prychnęłam gdy tylko usłyszałam jej odpowiedź. To samo powiedziałam Peecie gdy leżałam na szpitalnej sali. Rana na brzuchu nagle mnie zapiekła. Podniosłam koszulkę i odchyliłam bandaż. Zasyczałam cicho z bólu gdy zobaczyłam jak zaczęła sączyć się z niej ropa. To nie wróży zbyt dobrze. Miałam wrażenie, że już się zagoiła.

- Ale wytłumacz mi konkretniej co się stało, przecież to nie ma sensu.- oznajmiam nadal patrząc się twardo na swoją ranę. Johanna pacnęła moją dłoń jednocześnie opuszczając moją koszulkę.

- Nie ruszaj tego. Jutro będziemy w Kapitolu to to obejrzą.- powiedziała.- No może masz rację, dokładnie było tak że trochę się pokłociliśmy.

- O co?- naciskam.

- Głupia sprawa, powiedział że większość czasu poświęcam tobie. A on nie rozumie. On nie wie co my przeżyliśmy. Na końcu powiedział coś o Chris'ie.- powiedziała. Dobrze wiem o czym mówi. Nikt oprócz nas nie wie co przeżyliśmy. Po tych medialnych igrzyskach w kapitolu Chris musiał przeżyć upadek. Taka była umowa. Wszyscy przeżyją. Może próbował jej wyrzucić, że też dużo wie. Za pewne tak jest, ale to nigdy nie odwzoruje mu tego jak patrzeliśmy na śmierć naszych bliskich, oraz wszystkich innych osób na arenie.

- Przepraszam, że wtedy tak do ciebie powiedziałam.- rzuciłam.- Wiesz że tak o tym nie myślałam.

- Musisz go bardzo kochać.- przerwała mi.- Zawsze uważałam, że kłamiesz dopóki nie zobaczyłam was na plaży. Rozmawialiście o czymś, a potem ten pocałunek. Jeden który postawił nas w nieznajomej sytuacji. Finnick wspomniał mi że chyba się mylimy. Zrozumiałam to dopiero wtedy. Zauważyłam jak ci musi na nim bardzo zależeć. Może o tym nie wiedziałaś, ale za każdym razem gdy coś się działo zerkałam na Peetę. Jego wyraz twarzy mówił wszystko. Bezwzględna, szalona miłość którą za wszelką cenę chciał odebrać mu Snow. Nigdy mu się to nie udało. Bezgranicznej miłości nie da się odebrać tak po prostu jak cukierka dziecku. Chciał stopniowo go zniszczyć, ale to powracało do niego ze zdwojoną siłą. On sobie z tym w końcu poradził. Pomimo tego, że czasami jego zachowania nie da się wytłumaczyć, to dobrze wiesz że nie możesz się na tym skupiać.-ucięła na chwilę. Sama chyba się dziwi, że tak dużo mi mówi.- Gdy z Finnickiem oglądaliśmy waszą pierwszą arenę, czuliśmy że go krzywdzisz. On był wpatrzony w ciebie jak w obrazek. Nie zmarnuj tego spotkania jutro Katniss.- podkreśliła przeciągając moje imię.

Finnick mówił mi o tym samym w trzynastce. Nigdy z tego nie zdawałam sobie sprawy, od zawsze mam problemy z mówieniem o uczuciach, ale tego jednego, gdy powiedziałam Peecie jak zapytał mnie "Kochasz mnie prawda czy fałsz?", a ja odpowiedziałam prawda - nie myliłam się. Wchodzę po schodach prosto do mojej sypialni. Modlę się w myślach, żeby tam była. Zamykam oczy i otwieram szufladę. Odchylam prawą powiekę. Jest. Oddycham z ulgą biorąc ja w dłoń. To że kawałek został odszlifowany do pierścionka, to nic nie znaczy. Nadal mam namacalną pamiątkę po nim z drugiej areny. Mały kawałek perły, który stał się dowodem naszej przeklętej, bezgranicznej miłości.