Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Kontynuacja Igrzysk Śmierci

Jeżeli czujesz, że zakończenie mocno cię rozczarowało i nadal masz ochotę czytać o życiu Katniss i Peety to właśnie tutaj jest twoje miejsce.

Katniss nadal musi zmierzać się z przeciwnościami losu i osobami, które przeszkadzają jej do prowadzenia spokojnego życia.

Czy uda jej się zaznać w końcu błogiego życia zwycięzcy?

 

O blogu

Blog stworzony z myślą o wszystkich fanach igrzysk, którzy mają niedosyt w ich historii podobnie jak ja. Postanowiłam założyć go, aby spróbować dokończyć historię, która siedzi mi w głowie.

Nie zapomnij zostawić po sobie komentarza! Miłego czytania.

#61 Wywiad w Dwunastce

Opublikowany 2016/04/09

 Pierwsza sprawa: Całkowicie zmieniłam wygląd bloga :D Mam nadzieję, że się podoba. Na pewno jest dużo przyjemniejszy niż poprzedni :) Poza tym nawiązuje do tematyki igrzysk tak jak ma być.

 Po drugie to zapraszam do czytania kolejnego rozdziału. :) Następna notka pojawi się jakoś w tygodniu, może wtorek lub czwartek, to jeszcze zobaczę od tego czy dużo mam do nauki.

Dziękuję i proszę o komentarze. :) Pozdrawiam /Nszarynska

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 Nie spaliśmy całą noc. Czuwaliśmy nad sobą wzajemnie, jednocześnie wtuleni w siebie. Przez okno, zaczęły wpadać zabłąkane promienie słońca.

Dzień zapowiadał się okropnie, ale pogoda choć trochę może wszystko złagodzi. Peeta oddycha miarowo, wygląda tak jakby spał. Kładę głowę na jego silnej klatce. Nie wiem dlaczego, ale robię coś strasznie głupiego. Zaczynam płakać. Od dawna wszystkie koszule Peety były idealnymi pochłaniaczami wody z oczu. Po kilku sekundach jego dłoń błądzi na moich plecach. Nic nie mówi, po prostu pozwala mi się wypłakać. Skupiam się na jego zapachu i dotyku. Szlocham co jakiś czas i natrętnie pociągam nosem.

- Peeta, ja nie chcę tam jechać. Chcę zostać tu z tobą.- mówię opierając czoło o jego ramię.

- Nikt nam nie będzie przecież rozkazywał się rozstawać, Katniss. Powiesz tylko słowo i zostaniemy w pociągu.

- Nie… To pociąg jest problemem.

- Zobaczymy co da się zrobić.- odpowiedział całując mnie w czoło. Musimy wstawać. Chodź, pójdziemy się może przejść po dwunastce.

- To dobry pomysł.- zgadzam się z nim i wychodzę spod ciepłej kołdry.

- Pójdę wziąć prysznic.- oznajmił biorąc ręcznik z dużej drewnianej komody. Pokuśtykał krzywiąc się z bólu. Nakładam na siebie proste, ciemne dresowe spodnie. Przekładam przez głowę koszulkę i biorę pod rękę zapinaną bluzę. Ze względu na listopad, który powoduje, że dwunastka bardzo na tym cierpi, pomimo słońca, na dworze jest zimno. Zatrzymuję się na korytarzu i nasłuchuję szumu uderzającej wody o kabinę prysznicową. Uchylam dosłownie na centymetr drzwi i pytam.

- Peeta, wszystko w porządku?

- Tak, już wychodzę.- odpowiedział zakręcając wodę.

- Nie poganiam cię, po prostu kontrolnie sprawdzam, czy nic ci nie jest.

- Katniss nie możemy się wiecznie o siebie martwić. Mam na myśli bezpieczeństwo wykąpania się.- westchnął.

- Nie potrafię.- odpowiadam. W jednej chwili owinięty białym ręcznikiem Peeta otwiera szerzej drzwi i wciąga mnie do środka.

- Wiesz gdzie leży problem?- wyszeptał odgarniając mi włosy z twarzy, zakładając je szelmowskim gestem za ucho.- Ja też nie mogę.

- Peeta, twoja noga!- wykrzykuję. Część jego nogi, do której przymocowana jest proteza okropnie spuchła.

- Czasami tak mam, źle spałem.

- Dlaczego mi nic nie powiedziałeś? Od jak dawna tak ci się robi?- moje słowa są tnące jak bicz. Peeta wzdrygnął się i przewrócił oczami.

- Nie powiedziałem ci, bo tak cudownie mi było obok ciebie leżeć, oraz to że mogę ciebie chronić w nieskończoność przed całym światem. Jakoś od dwóch miesięcy, noga nieustannie puchnie.

- Peeta!- krzyczę na niego.- Ja nigdzie się nie wybieram, ale w ten sposób też mnie krzywdzisz, rozumiesz?- warczę.

Peeta zdaje wrażenie nieobecnego, jakby miał wspomnienia, ale stoi całkowicie spokojnie. Nerwowo zacisnął zęby. Jego mięśnie na twarzy drgają. Przez chwilę poczułam się okropnie, że powiedziałam do niego takim tonem, ale on musi w końcu to zrozumieć, że gdy krzywdzi siebie, krzywdzi równocześnie mnie. Odwracam się na pięcie i wychodzę z łazienki. Rosnąca wściekłość zaczęła emanować przez całe moje ciało. Schodzę po długich schodach, łączących górną część domu, mocno tupiąc.

- Katniss, coś się stało?- zapytała mama, przecierając ścierką talerz.

- Musisz w czymś mi pomóc. Jaka maść w szybkim czasie pozbywa się opuchlizny?

Mama spojrzała na mnie z ukosa, lustrując jednocześnie. Dziwne, że jeszcze nie domyśliła się, że ktoś u nas jest.

- Już ci przynoszę.

Mama bez zbędnych pytań poszła do kuchni. Zaczęła przecierać jakieś zioła w moździerzu, dodając kilka żelujących substancji. Oparłam drżącą rękę o blat i zaczęłam się wyciszać. Mama co jakiś czas patrzyła na mnie przez ramię, ale nie przerywała sobie przygotowywania maści. Przyjrzałam się dokładnie wystrojowi kuchni. Z sufitu zwisa duża lampa, otoczona niebieskim abażurem. Kolor ścian ściemniał od kurzu. Okna już nie są przejrzyste tak jak za pierwszym razem, gdy weszłam do tego domu. Czuję się zobowiązana pomóc w końcu mamie dokończyć odgruzowywanie mieszkania, ale dopiero jak powrócę z Tournée, jeżeli w ogóle to nastąpi…

- Gotowe.- powiedziała przekazując mi maść w małej miseczce. Rzuciłam pod nosem coś na wzór „dziękuję” i pognałam po schodach do góry. Mogłam się spodziewać, że przejdzie do mnie do sypialni, bo w łazience go nie zastałam. Siedzi na łóżku z podpartym łokciem o zdrową nogę. Nawet nie spojrzał w moją stronę, gdy weszłam. Kucam przed nim i karzę mu wyprostować sztuczną nogę. Z grymasem na twarzy wykonał moje polecenie. Opuchlizna wygląda fatalnie, nie robiło mu się to wcześniej, trzeba będzie po drodze zajechać do lekarza, aby to obejrzał. Czuje uścisk w brzuchu, bo wiem, że to nic dobrego nie zapowiada. Zaczynam kolistymi ruchami wsmarowywać maść w jego część uda.

- Przepraszam Katniss, poniosło mnie. Masz rację, udzieliło mi się to obsesyjnie, to całe chronienie ciebie.

- Pięknie urządziłeś się przed samym Tournée.- wzdycham nie odpowiadając na jego słowa.

- Tournée, Tournée.- burczy naśladując mój głos.- Czasami nie rozumiem cię, moglibyśmy dzięki mojej nodze tam nie pojechać.

- Wierzysz w to?- roześmiałam się.- Peeta, oni wysyłali umierających ludzi i dzieci na igrzyska, a ty mówisz mi o tym, że z powodu opuchlizny nie pojedziemy na Tournée?

- Masz rację. Nie wiem dlaczego o tym pomyślałem.- złapał się za tył głowy.- Od razu lepiej, dziękuję, że pomogłaś mi choć trochę zmniejszyć ten pulsujący ból.

- Zobaczymy na jak długo.- rzuciłam i wstałam wyciągając do niego dłoń.- To jak idziemy się przejść? Wolałabym, żebyś teraz leż…

- Nie.- przerwał mi łapiąc moją rękę.- Idziemy.

Kroczymy wolno po zapylonej ścieżce trzymając się za ręce. Przed bramą zgromadziło się kilku dziennikarzy. Otworzyliśmy bramę i próbowaliśmy się zza niej przedostać, ale natrętni ludzie zaczęli nam wtykać pod nos czarne mikrofony.

- Dzisiaj Tournée!- wrzasnął jeden z nich.- Jak się czuje młoda para?

- Dajcie nam spokój. Chociaż dzisiaj.- poprosił grzecznie Peeta, odpychając mikrofon spod twarzy.

- No zdradźcie nam szczegóły…- mruknął znany mi głos. Odwracam się i uśmiecham się na widok tej osoby. To Caesar.

- Caesar! Co ty tutaj robisz?- pytam przytulając go na powitanie.

- Przyjechałem, po zgraję tych bez mózgów. Tylko ja mogę się was pytać, dokładnie w dzień rozpoczęcia waszego cudownego dnia, o jakieś szczegóły!- pisnął uśmiechając się szeroko.- Postanowiłem dzisiaj zorganizować wywiad razem z Wami tutaj.

- Poczekaj aż tylko Haymitch cię tu zobaczy.- prycham w jego stronę.

- Dostał informację z Kapitolu, musiał na to przystać. Dziwne, że nie powiedział wam. Teraz pójdziemy przygotować trochę miejsce, w którym wystąpicie.- oznajmił mijając nas.

- Do zobaczenia później.- rzucił Peeta przytulając mnie do siebie.

Cały gruz z dystryktu, po zbombardowaniu, został zużyty do odbudowania domów, a nieprzydatna część wywieziona na wysypiska. Nie ma wieżowców, ani innych skupionych na sobie budowli. To mi się podoba. Można iść i cieszyć się tym, że ani trochę nie przypomina metropolii. W centrum jest parę kamienic. Pobudowane brukowane ulice, chociaż miejscami wystają kamienie, o które łatwo jest się zahaczyć i przewrócić, w szczególności małe dzieci, których jest coraz więcej w dwunastce. Zrobiło się bezpiecznie, ludzie przestali głodować, więc mogą zapewnić swoim dzieciom jak najlepsze warunki. Może kiedyś i ja to zrozumiem, ale jak na razie skutki wojny nie pozwalają mi myśleć o niczym innym jak o strachu przed tym, co może jeszcze nas czekać. Uświadamiam sobie, że sporej liczby mieszkańców nie potrafię rozpoznać. Wydaję mi się, że wcześniej ich tu nie widziałam. Co prawda dużo ludzi zginęło w wyniku bombardowania, ale przecież część z nich trafiła spokojnie do trzynastki i została po wojnie przetransportowana z powrotem. Zbudowano im domy, w ramach odszkodowań za skutki wojny przez Kapitol. Wszystko objęli sponsorowaniem. Zostali do tego zmuszeni przez Paylor na początku, a później widocznie Blackhand postanowił aby ludzie mieli gdzie oglądać igrzyska, albo tak jak teraz Tournée, które zaczyna się za parę godzin. Mijamy opustoszałą piekarnię Peety. Nie została całkowicie zniszczona. Ma trochę zapadnięty dach i podburzoną ścianę główną. Peeta cały zesztywniał. Spojrzał się na mnie i poszedł w jej kierunku puszczając moją dłoń. Wszedł przez wejście z wyrwaną ramą od drzwi. Ktoś widocznie szukał w niej czegoś. Poszłam za nim, przeciskając się przez wybitą szybę od okna. W środku panuje wiercący smród stęchlizny. Zasłaniam nos kawałkiem rękawa od bluzy i rozglądam się. Lada z produktami, a w zasadzie pozostałość po niej nadaje ponurość tego niekiedy cudownego miejsca. Patrzę na ściany, na których wiszą jeszcze obrazy z portretami rodziny. Zauważam, że Peeta przygląda się jednemu z nich. Podchodzę do niego powoli i łapię go za rękę. On przyjmuje moją dłoń i przez chwilę patrzy mi w oczy. Widzę w nich głęboki żal, jakby do mnie, ale wiem że tylko mi się zdaje. Patrzę na obraz, który tak przykuł jego uwagę. Jest na nim cała jego rodzina, tata, mama, on i dwóch braci.

- Peeta.- szepczę mu do ucha.- Musimy powoli wracać.

- Teraz wiem, jak bardzo ciężko jest ci myśleć o tym, że nie masz taty i siostry.- oznajmił ściągając obraz ze ściany.- Z tym, że tobie została jeszcze mama….

- Peeta.- próbuję powiedzieć coś jeszcze, ale czuję jak rośnie mi gula w gardle. Przełykam nerwowo ślinę i zaciskam zęby, aby się nie rozpłakać.

- Pomimo tego, że moja mama wtedy mnie zbiła, gdy podarowałem ci chleb, nadal ją kochałem i kocham. Wychowała mnie w taki sposób, że teraz potrafię wszystko docenić. Nie przestanę jej być za to wdzięczny. Dzięki temu teraz mogę być z tobą.- powiedział przecierając łzę spływającą mu samotnie po policzku.

- Gdy tylko usłyszałam twoje nazwisko na dożynkach, czułam jak pęka mi serce. Pomyślałam wtedy „o nie tylko nie on”. Kiedyś uratowałeś mi życie, a teraz będziemy musieli zmagać się na arenie. Jednak ta arena pomogła zrozumieć mi, że nie tylko mnie ocaliłeś, ale i zdobyłeś moje serce. Nie wybaczę sobie, że to powiem, ale cieszę się, że to ty zostałeś wybrany.- odpowiadam. Nim zacznie coś mówić zamykam mu usta pocałunkiem. Robię to coraz śmielej. Kiedyś robiłam to tylko wtedy gdy byłam zmuszona, albo nie chciałam słuchać jego bezmyślnego gadania, ale teraz po prostu chcę poczuć smak jego ciepłych ust. Przerywamy dopiero gdy musimy nabrać powietrza. Decydujemy się na powrót do domu.

Nie zdążyliśmy minąć bramy i już styliści i cała masa innych przygotowujących nas osób zaczęła iść w naszą stronę.

- Gdzie wy byliście do cholery?- wrzasnął Haymitch pokazując z daleka na zegarek na jego dłoni.- Za godzinę zaczynamy, a wy szlajacie się gdzieś i jak zwykle nic was nie obchodzi. Mieliśmy dostosować się do polecenia Paylor, a przez was znowu możemy zachwiać równowagę. Przez wasze lekkomyślne wybryki.

- Próbujesz mi powiedzieć, że to co zrobiłam na arenie, że wywołując wojnę postąpiłam lekkomyślnie i bezsensu?- odkrzykuję mu.- Teraz możesz siedzieć dowoli w domu i zapijać się alkoholem do woli.

- Nie Katniss. Próbuję ci powiedzieć, że jak będziecie nadal zachowywać się jak nastolatki, to na pewno nie uda nam się dojść do porozumienia z dystryktami.

- Haymitch!- pisnęła Effie.- Nie czas na wasze głupie dyskusje. Młoda damo, młodzieńcze, czas na przygotowania!- klasnęła krzepiąco w dłonie i wskazała na nas stylistom. Effie ma na sobie bufiastą, jasnożółtą sukienkę. Ogromna peruka na jej głowie prezentuje się całkiem nieźle w połączeniu z tym niecodziennym strojem. Ostatnio nie widziałam jej tak mocno wystrojonej i wymalowanej. Nasza igrzyskowa Effie wróciła.

- Witaj Effie.- powiedział gładko Peeta kłaniając głowę. Effie posłała mu uśmiech i zawachlowała dłonią przy twarzy, trzepocząc długimi rzęsami.

- Już już, zmykajcie się szykować. Katniss do siebie, Peeta do siebie!

- Do zobaczenia za godzinę.- mówię do niego całując go w policzek.

Mój stylista zabiera się w wir pracy. Pomagający mu kosmetycy dopełniają wizję strojów narzuconych przez wszystkich zwycięzców. Musimy wszyscy wyglądać podobnie. Gdy tylko zauważam złotą broszkę z kosogłosem, zaczynam przeczuwać, że święci się jakaś grubsza sprawa. Za pewne za prośbą Beetee’go, abyśmy nadal mieli symbole rewolucji. Dotykam ją powoli palcami. Jest chłodna i lekko chropowata. To nie jest ta sama, którą podarowała mi Madge, ale jest bardzo do niej podobna, więc szybko się z nią przyswajam. Całość stroju już praktycznie jest gotowa. Czekamy tylko na sygnał od organizatorów, że możemy zaczynać. Przez okno z kuchni zauważam rozstawiony podest, pełno rozstawionych kamer i mówiącego do nich Caesara. Lada moment będzie nas prosił do wyjścia. Usłyszałam jak ktoś schodzi ze schodów z górnej części domu.

- Zostawcie mnie już.- warczy Johanna do wykańczających jej wygląd ludzi.- I tak wyglądam jak jakiś paw. O pięknie, Katniss. Tobie też kazali założyć to złote badziewie?- mruknęła wskazując na broszkę błyszczącą na jej kołnierzu od marynarki.- Przynajmniej wyglądamy podobnie.

- Faktycznie.- odpowiadam lustrując jej ubiór. Zauważam jednak, że moja broszka jest dużo większa i mam na sobie ciemniejsze akcenty brązu. Tak jakbym była buntowniczką.

- Zaczynamy za dziesięć sekund!- piszczy Effie.

Ustawiamy się z Johanną pod drzwiami i czekamy na sygnał aby wyjść. Po chwili otwierają się przed nami drzwi. Po schodach z góry zbiega jeszcze szybko Enobaria, nie wiedziałam nawet nic o tym, że obie zostały przygotowane w moim domu, nikt nawet nie zapytał mnie o pozwolenie. Z naprzeciwka wyszedł Peeta i Beetee. Również ubrani w garnitury odcieni aksamitnego brązu. Na ich kołnierzach połyskują złote broszki. Idą w naszą stronę i wychodzą przed kamery. Stajemy w taki sposób, że znalazłam się na środku. Zauważam, że wyglądam całkowicie inaczej niż pozostali. Wykreowali mnie na przywódcę, a raczej zwycięzcę. Nie podoba mi się ten pomysł. Przez całą wojnę, byłam tak ubierana, jestem tym zmęczona, ale widocznie nie dało się przetłumaczyć stylistom, albo Haymitchowi, który za pewne maczał w tym palce, abyśmy wyglądali uniwersalnie. Uśmiechamy się do otaczających nas kamer. Przed nami stoi Caesar, który prezentuje każdego z nas i mówi coś o rozpoczęciu Tournée. Gdy już skończył rozbawiać publiczność siedzącą przed telewizorami wykonał gest kończący przedstawienie. Kilka osób zapakowało się do zaparkowanych samochodów i pojechało na dworzec z naszymi bagażami. Haymitch dyskutował jeszcze z Beetee’m na temat strategii w przemowach i zapakowali nas do samochodów. Podszedł jeszcze Gale mocno mnie obejmując.

- Będę się martwił. Jeżeli coś się wydarzy, od razu przyjadę.- powiedział do mnie stanowczo. Czuję się tak jakby był moim bratem, którego nigdy nie miałam. Moja mama również traktuje go jak syna. Uśmiecham się do niego, krótko i przytulam jeszcze na pożegnanie do mamy.

- Nie obejrzysz się i zaraz będziemy z powrotem.- mówię do niej ściskając mocno jej dłoń.- Nie stracisz mnie. Obiecuję.

Jej oczy przepełniły się łzami. Mamy tylko siebie. Chciałabym, żeby pojechała z nami, ale Kapitol nie wyraził zgody na sfinansowanie dodatkowych sypialni w pociągu, ani w hotelach których będziemy stacjonować. Musimy się pogodzić z rozstaniem, które zawsze trwało wiecznie. Najgorsze jest jednak to, że zawsze jak gdzieś jedziemy musi się coś dziać. Oby na tym nie stało się coś, o czym będziemy pamiętać przez długie lata…